piątek, 31 sierpnia 2012
Brak weny
Mam nieodparte pragnienie napisać coś twórczego, mądrego, co by wyszło poza granice zwyczajnej, blogowej grafomani, ale nie zawsze Nasz język jest w stanie ubrać w słowa to, co pomyśli głowa. Wtedy pojawia się poczucie niespełnienia, frustracji, nagromadzone w głowie myśli zaczynają się piętrzyć, tłoczyć jak ludzie w przepełnionym autobusie. Blokada ta może wynikać również z tego, że za bardzo się zastanawiam nad każdym słowem, może warto porzucić poprawność językową i dać się ponieść z nurtem myśli. Przecież nie ważne jest to w jaki sposób coś napiszemy, nie ważne są błędy, styl, ale to, co chcemy przekazać. By przekaz był jasny i zrozumiały dla szerokiego grona odbiorców powinniśmy posługiwać się prostym, uniwersalnym językiem zrozumiałym zarówno dla profesora Nauk Humanistycznych, jak i zwykłego robotnika Huty. Oczywiście powinniśmy zachować w miarę dobry styl i wystrzegać się błędów, które nie są czynnikiem decydującym w odbiorze, ale w oczach innych mogą określić Nas jako niedouczonych analfabetów lub prościej mówiąc - głupków, gdyż słowo analfabeta jest zbyt szerokim pojęciem. Mało kto wie, że słowo to określa nieumiejętność pisania i czytania, a także posługiwania się czterema podstawowymi działaniami matematycznymi. Współcześnie problem ten rzadko występuje nie licząc mieszkańców Trzeciego Świata - Tybetu, Indii i innych odległych miejsc do których nie dotarła jeszcze "biała ręka postępu". W tych społecznościach ludność ograniczyła się do gestów i prostych stwierdzeń tzw. "kalizmów" - Kali jeść, kali pić. Owe "kalizmy" można także usłyszeć wśród ludzi na pozór ucywilizowanych, mieszkańców blokowisk, lokalnych społeczności, które wytworzyły własny język, nie zawsze napawający dumą. Współcześnie słowa w stylu: "podejdź no tu", "cho no", "jo żym" tak bardzo wrosły w rzeczywistość, że nie budzą już takiego zdziwienia, jedynie współczucie lub śmiech..
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz